Sfinansowano ze środków Funduszu Edukacji Finansowej, którego dysponentem jest Minister Finansów i Gospodarki. Realizatorem Zadania jest Fundacja Warszawski Instytut Bankowości.

Zakupy impulsywne – jak sobie z nimi radzić?

Zakupy impulsywne nie wynikają z potrzeby, tylko z emocji. Chcesz sobie poprawić humor, nagrodzić się albo po prostu nie masz siły się zastanawiać. To normalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie decyzje zbyt często się powtarzają.

1. Kupowanie pod wpływem chwili zamiast potrzeby

Wracasz po pracy do domu, jesteś zmęczony i głodny. Wchodzisz do sklepu tylko po chleb i mleko, a przy kasie orientujesz się, że w koszyku leży nowa patelnia zakupiona w promocji, zestaw kolorowych skarpetek i trzy rodzaje przekąsek, których wcale nie planowałeś kupić. Brzmi znajomo? To właśnie są zakupy impulsywne. Działają jak nagły odruch, nad którym trudno zapanować w danej chwili. Często kupujesz coś nie dlatego, że tego potrzebujesz, tylko dlatego, że w danym momencie masz na to ochotę. Najczęściej dzieje się to w konkretnych sytuacjach: zmęczenie, pośpiech, stres albo promocja. Gdy to zauważysz, łatwiej się zatrzymać.

Wskazówka

Zanim wrzucisz coś do koszyka, zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie, czy kupiłbyś to bez promocji.

2. Małe wydatki, które robią dużą różnicę

Masz na głowie dużo spraw: kredyt, rachunki, dzieci, samochód. Każda dodatkowa rzecz wrzucona do koszyka wydaje się drobiazgiem. Problem w tym, że tych drobiazgów jest dużo. Pod koniec miesiąca zamieniają się w konkretną kwotę, która mogłaby pokryć realne wydatki. Sprzedawcy dobrze to wykorzystują. Produkty przy kasach, promocje i układ półek nie są przypadkowe. Mają skłonić cię do dorzucenia czegoś „przy okazji”. Po powrocie do domu emocje opadają i często pojawia się pytanie: „po co mi to?”. Wiele rzeczy trafia do szuflady i nie jest używana. Część osób tak działa, zwłaszcza po trudnym dniu.

Przykład

Kupujesz kilka rzeczy w promocji, bo „mogą się przydać”. Później okazuje się, że część z nich leży nieużywana. Pieniądze zostały wydane, ale nic z tego nie masz.

Wskazówka

Ustal przed zakupami maksymalną kwotę, jaką chcesz wydać, i trzymaj się tego limitu. Promocje mogą skłaniać do dodawania kolejnych produktów do koszyka, nawet jeśli początkowo nie planowałeś ich kupować.

Jak przejąć nad tym kontrolę, nie rezygnując z przyjemności życia?

  1. Pierwszym krokiem jest prosta metoda 24 godzin. Jeśli zobaczysz coś, co nagle bardzo chcesz mieć, daj sobie czas. Nie kupuj tego od razu. Wróć do domu, prześpij się z tą myślą. Bardzo często rano okaże się, że ta rzecz wcale nie jest ci potrzebna. To prosty sposób, żeby oddzielić chwilową zachciankę od realnej potrzeby.
  2. Kolejna sprawa to lista zakupów. Może brzmi staroświecko, ale to twoja najlepsza tarcza w sklepie. Jeśli idziesz na zakupy z zapisaną kartką lub listą w telefonie, twój mózg ma konkretne zadanie do wykonania. Skupiasz się na odhaczaniu kolejnych punktów, zamiast rozglądać się po półkach w poszukiwaniu „okazji”. Spróbuj też nigdy nie wchodzić do supermarketu z pustym żołądkiem. Kiedy jesteśmy głodni, kupujemy oczami i wrzucamy do koszyka znacznie więcej jedzenia, niż jesteśmy w stanie zjeść.
  3. Warto też przyjrzeć się newsletterom, które wpadają na twoją skrzynkę mailową. Informacje o promocjach „życia” i wyprzedażach mogą skłaniać do zakupów, których wcześniej nie planowałeś. Wypisz się z newsletterów sklepów, które najczęściej zachęcają cię do spontanicznych wydatków. Mniej reklam to mniej pokus i większa kontrola nad budżetem.
  4. Zastanów się też nad swoimi emocjami podczas zakupów online. Wieczorne przeglądanie stron sklepów na kanapie to relaks, który może drogo kosztować. Sklepy internetowe ułatwiają nam sprawę do granic możliwości, a przecież wystarczy tylko jedno kliknięcie, by wydać kilkaset złotych. Jeśli chcesz ograniczyć impulsywne zakupy, usuń zapisane dane karty płatniczej z aplikacji i sklepów internetowych. Konieczność ręcznego wpisania danych przy każdej transakcji daje ci kilka sekund na refleksję: „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”.

Pamiętaj, że celem nie jest całkowite zakazanie sobie wydatków na przyjemności.

Chodzi o to, żebyś to ty decydował o swoich pieniądzach.

Jeśli planujesz budżet, możesz wyznaczyć sobie konkretną kwotę na „szaleństwa”. Gdy ją wydasz, wiesz, że limit na dany miesiąc się wyczerpał. To daje poczucie wolności, ale i bezpieczeństwa.

Dbaj o finanse – to się opłaca!

Udostępnij na:

Udostępnij na LinkedInUdostępnij w serwisie X

Infografiki

Podcast wideo

Dlaczego warto prowadzić budżet osobisty - prof. Witold Orłowski

Transkrypcja filmu

Kamil Kuć: Jest takie zjawisko paranormalne, które dotyka miliony Polaków: co miesiąc pieniądze znikają. No coś niesamowitego! Zarabiamy więcej niż pięć lat temu, a trzydziestego czy piątego już i tak zaglądamy na konto absolutnie z tym samym zdziwieniem – gdzie to się wszystko podziało? Po prostu tego nie ma. Wydaje mi się, że musi być jakieś lepsze wytłumaczenie niż: „no, zniknęło i tyle”. Ja nazywam się Kamil Kuć – Dbaj o finanse, a tego wyjaśnienia będę szukał razem z profesorem Witoldem Orłowskim – ekonomistą, nauczycielem akademickim i doradcą ekonomicznym. Dzień dobry!


Prof. Witold Orłowski: Dzień dobry, witam.


Kamil Kuć: Spróbujmy w takim razie rozwiązać tę zagadkę. Zarabiamy więcej, a pieniędzy nie przybywa. Kto jest sprawcą? Mam wrażenie, że ciągłe mówienie o inflacji w tym kontekście jest bardzo wygodnym wytłumaczeniem: „nie mam pieniędzy, bo inflacja idzie, wszystko drożeje”. Tak naprawdę to nigdy my nie jesteśmy temu winni.


Prof. Witold Orłowski: No bo nie jesteśmy winni temu, oczywiście.


Kamil Kuć: No, nie jesteśmy winni inflacji.


Prof. Witold Orłowski: Ani temu, że pieniędzy jest zawsze mniej, niż by się chciało. Tutaj jest parę zjawisk. Oczywiście nie jestem psychologiem, ale mogę się domyślać. Po pierwsze, tych pieniędzy zawsze chciałoby się wydać więcej, niż się ma, prawda? Kuszą te rzeczy dookoła i zawsze pojawia się wrażenie, że tak jest.


Kamil Kuć: Powiedzmy szczerze, że tu praktycznie nie ma górnego limitu.


Prof. Witold Orłowski: Tu nie ma górnego limitu. Co więcej, druga strona tego zjawiska jest taka, że jak zarabiamy więcej, to jednocześnie na więcej nas stać, ale nigdy nie będziemy w stanie kupić wszystkiego, co chcemy. Kiedy mamy trochę więcej pieniędzy, rozglądamy się dalej i cały czas mówimy: „No, tych pieniędzy jest za mało”. No chyba że rzeczywiście ktoś nam je ukradł – może inflacja, bo mówią mi, że więcej zarabiam, a ja cały czas chciałbym jeszcze kupić to, to i to. I brakuje. Psychologowie mówią w tym kontekście o tak zwanych aspiracjach konsumpcyjnych: z jednej strony rosną nam dochody i zarabiamy więcej, ale z drugiej – jak już zarabiamy więcej, to mamy ochotę jeszcze więcej kupować. I w efekcie tych pieniędzy zawsze jest trochę mniej, niż wynosi nasza potrzeba.


Kamil Kuć: Świetnym przykładem jest to, że mamy na świecie milionerów i miliarderów. To nie jest tak, że oni przestają zarabiać pieniądze – cały czas chcą zarabiać więcej.


Prof. Witold Orłowski: O tym lepiej nie rozmawiajmy, bo chyba żaden z nas nie ma takich doświadczeń. Pytanie, czy jest w ogóle jakaś kwota dochodów, od której człowiek naprawdę może kupić już wszystko i staje się to raczej rodzajem sportu.


Kamil Kuć: Ale w dalszym ciągu gromadzi.


Prof. Witold Orłowski: No tak, jak ma dziesięć miliardów, to dlaczego ma nie mieć dwunastu i tak dalej? Wtedy to już jest kwestia innej satysfakcji. Ona oczywiście nie wynika już z samych towarów, które za to kupujemy, bo co więcej można kupić? Są po prostu ludzie, którzy mają ciąg do samego zarabiania pieniędzy.


Kamil Kuć: Wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, że my jako ludzie po prostu lubimy wydawać pieniądze. Wydawanie stało się wręcz lekiem na wszystko: na zły humor, na nudę, na poczucie, że „dzisiaj sobie zasłużyłem, więc sprawię sobie prezent”. Mamy więc lek, na który receptę wypisujemy sobie sami, i działa absolutnie na wszystko. A te recepty się nie kończą, bo sami możemy je wystawiać.


Prof. Witold Orłowski: Możemy, póki starczy papieru – chociaż teraz są już elektroniczne. Z jednej strony jest w tym element normalności: sprawia nam satysfakcję kupowanie dóbr, które pomagają zaspokoić nasze potrzeby. Z drugiej strony pojawia się element już niekoniecznie związany z samym zaspokajaniem potrzeb. Zupełnie szczerze, nie chcę wymieniać marek samochodów, ale między dobrej klasy autem kosztującym 100 czy 150 tysięcy złotych a modelem superluksusowym za milion złotych naprawdę nie ma pięcio-, sześcio- czy siedmiokrotnej różnicy w jakości. Za te kolejne pieniądze dostaje się już bardzo niewiele. Ekonomiści zwracają uwagę, że ludzie wydają pieniądze nie tylko po to, by zaspokoić potrzebę – bo przy nowym aucie za 150 tysięcy mają ją w pełni zaspokojoną – ale też dla prestiżu: żeby sąsiedzi zazdrościli, żeby lepiej się poczuć, dowartościować i tak dalej. Pieniądz i wydatki pełnią więc różną rolę. To nie jest tylko czyste zaspokajanie potrzeb. Czasem ludzie mówią: „Jest mi źle, muszę coś kupić, to na pewno poprawi mi się humor”. To są właśnie zakupy emocjonalne.


Kamil Kuć: Jak rozpoznać u siebie, że kupujemy emocjonalnie? Co zrobić, żeby się tego wystrzegać, a jednak dalej kupować, tylko rozważnie?


Prof. Witold Orłowski: Powiedziałbym tak: każdy może kupować to, co chce. Jeśli komuś strasznie zależy na samochodzie konkretnej marki, żeby sąsiedzi zazdrościli – w porządku, kupuje sobie prestiż. Natomiast wystrzegać należy się zakupów ponad własne możliwości, których nie powinno się robić, a robi się je tylko dlatego, że coś nas skusiło. To są zakupy powodowane impulsem. Coś nam się strasznie spodobało, kupujemy, wracamy do domu i dopiero wtedy zadajemy sobie pytanie, po co właściwie to kupiliśmy.


Kamil Kuć: I w sumie nie było mnie na to stać...


Prof. Witold Orłowski: Właśnie: po pierwsze nie było nas stać, a po drugie okazuje się, że ta rzecz ani nie jest nam potrzebna, ani nie sprawia żadnej satysfakcji. Niezależnie od tego, ile ma się pieniędzy, trzeba zachować zdrowy rozsądek i starać się myśleć w trakcie zakupów. Zadać sobie pytanie: „Czy to jest mi na pewno potrzebne?”. Proszę zwrócić uwagę, że sklepy doskonale na tym korzystają. Przy kasach stoi cała masa drobiazgów, których normalnie byśmy nie kupili, ale kuszą, gdy stoimy w kolejce – ładnie wyglądają i są pod ręką. Handel wie, że często kupujemy pod wpływem impulsu.


Kamil Kuć: I często to wykorzystuje.


Prof. Witold Orłowski: Wykorzystuje to i specjalnie wystawia rzeczy podatne na taki impuls. Na co mi kolejna guma do żucia, skoro mam już trzy opakowania w samochodzie? Stoję przy kasie, ładnie wygląda, myślę: „Fajna ta guma, może już mi się skończyła w aucie? Wezmę na wszelki wypadek”. Trzeba się pilnować. Z powodu gumy do żucia nikt nie zbankrutuje, ale jeśli kupujemy w ten sposób bezrefleksyjnie, możemy grubo przesadzić. Guma to pestka, ale przecież idziemy do sklepu po sprzęt RTV. Wiemy, jakiej wielkości telewizor chcemy kupić, a sprzedawca mówi: „Proszę pana, po co taki? Tu jest 60 cali, a tamten model jeszcze sam gotuje i śpiewa piosenki w nocy”. Wielu z nas wpada w pułapkę: planujemy wydać, strzelam, dwa tysiące złotych, a wychodzimy ze sprzętem za pięć tysięcy, bo daliśmy się skusić kolejnymi bajerami. Warto robić zakupy na chłodno. Zanim damy się skusić, zapiszmy sobie, czego naprawdę potrzebujemy. Dotyczy to zarówno telewizora, jak i codziennych zakupów spożywczych – warto iść z listą, zamiast ulegać promocjom w stylu: „Kup trzy opakowania, będzie taniej”. Potem mąż wraca dumny: „Kupiłem trzy opakowania!”. „Ale po co nam trzy?”. „Bo było taniej”. Tyle że jedno wyrzucimy, bo się zmarnuje. Róbmy zakupy wtedy, kiedy nie jesteśmy podatni na impulsy wymykające się rozumowi. Zróbmy listę, zamiast dawać się wodzić za nos hasłami, że za kolejne 500 zł dostaniemy coś jeszcze.


Kamil Kuć: I tutaj chciałbym przejść do spokojnego planowania wydatków. Każdy z nas powinien mieć kontrolę nad swoimi finansami, żeby ograniczać zakupy emocjonalne i wydawać odpowiedzialnie. Mam jednak wrażenie, że hasło „prowadzenie budżetu domowego” brzmi trochę jak dieta: wiadomo, że trzeba, ale samo słowo psuje humor. Prowadzenie budżetu domowego... to jest taki kaganiec, który gdzieś tam...


Prof. Witold Orłowski: To w ogóle brzmi tak paskudnie: „budżet domowy”. Od razu wiadomo, że będzie ograniczanie, że będzie zaciskanie pasa.


Kamil Kuć: Tak. Czy da się to w ogóle odwrócić o 180 stopni, żeby ktoś podszedł do tego pozytywnie?


Prof. Witold Orłowski: Po pierwsze, nie nazywajmy tego budżetem domowym, tylko planem wydatków. Wtedy brzmi to znacznie lepiej i nie kojarzy się od razu z oszczędzaniem i ograniczaniem. Warto planować wydatki z różnych powodów. Jeśli planujemy wydatki i budżet, możemy na przykład rozpisać koszty ponoszone w dłuższym okresie, płacone w ratach czy raz do roku – jak ubezpieczenie samochodu. Wiemy dokładnie, kiedy nastąpi płatność, i jesteśmy na to przygotowani, zamiast być zaskoczonym faktem, że akurat w tym miesiącu mamy kumulację jednorazowych wydatków. Druga sprawa: to pozwala nam pilnować rozsądku. Mamy zaplanowany telewizor za trzy tysiące i jak idziemy do sklepu, to kupujemy za trzy tysiące – nawet jeśli sprzedawca przekonuje: „Proszę pana, tu jest model za siedem tysięcy, przeceniony o dwa tysiące, zrobi pan wspaniały interes”. Ostatecznie kupilibyśmy sprzęt za pięć tysięcy zamiast za trzy. Warto się zastanowić. Oszczędność jest cnotą i jeśli chcemy odłożyć na coś większego, na przykład na lipcowe wakacje, plan pozwala zapisać potrzebną kwotę i na nią odkładać, ograniczając inne wydatki. Choć z drugiej strony niewiele rodzin naprawdę siada z ołówkiem w ręku i robi taki plan wydatków.


Kamil Kuć: Powiem szczerze, sprawdziłem, ile osób wciąż zapisuje wydatki na kartce – w zeszycie i długopisem. Bo można to robić w Excelu, ale w zapisywaniu w zeszycie nie ma nic złego.


Sprawdź nasze kalkulatory

Kalkulator poduszki bezpieczeństwa

Kalkulator poduszki bezpieczeństwa

Poduszka finansowa przyda się każdemu — sprawdź, ile odłożyć i kiedy uda się ją zebrać.

Kalkulator budżetu osobistego

Kalkulator budżetu osobistego

Wpisz dochody, wydatki i oszczędności a my policzymy, ile naprawdę zostaje Ci na koniec miesiąca.

Zakupy impulsywne – jak sobie z nimi radzić?

Zakupy impulsywne nie wynikają z potrzeby, tylko z emocji. Chcesz sobie poprawić humor, nagrodzić się albo po prostu nie masz siły się zastanawiać. To normalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie decyzje zbyt często się powtarzają.

1. Kupowanie pod wpływem chwili zamiast potrzeby

Wracasz po pracy do domu, jesteś zmęczony i głodny. Wchodzisz do sklepu tylko po chleb i mleko, a przy kasie orientujesz się, że w koszyku leży nowa patelnia zakupiona w promocji, zestaw kolorowych skarpetek i trzy rodzaje przekąsek, których wcale nie planowałeś kupić. Brzmi znajomo? To właśnie są zakupy impulsywne. Działają jak nagły odruch, nad którym trudno zapanować w danej chwili. Często kupujesz coś nie dlatego, że tego potrzebujesz, tylko dlatego, że w danym momencie masz na to ochotę. Najczęściej dzieje się to w konkretnych sytuacjach: zmęczenie, pośpiech, stres albo promocja. Gdy to zauważysz, łatwiej się zatrzymać.

Wskazówka

Zanim wrzucisz coś do koszyka, zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie, czy kupiłbyś to bez promocji.

2. Małe wydatki, które robią dużą różnicę

Masz na głowie dużo spraw: kredyt, rachunki, dzieci, samochód. Każda dodatkowa rzecz wrzucona do koszyka wydaje się drobiazgiem. Problem w tym, że tych drobiazgów jest dużo. Pod koniec miesiąca zamieniają się w konkretną kwotę, która mogłaby pokryć realne wydatki. Sprzedawcy dobrze to wykorzystują. Produkty przy kasach, promocje i układ półek nie są przypadkowe. Mają skłonić cię do dorzucenia czegoś „przy okazji”. Po powrocie do domu emocje opadają i często pojawia się pytanie: „po co mi to?”. Wiele rzeczy trafia do szuflady i nie jest używana. Część osób tak działa, zwłaszcza po trudnym dniu.

Przykład

Kupujesz kilka rzeczy w promocji, bo „mogą się przydać”. Później okazuje się, że część z nich leży nieużywana. Pieniądze zostały wydane, ale nic z tego nie masz.

Wskazówka

Ustal przed zakupami maksymalną kwotę, jaką chcesz wydać, i trzymaj się tego limitu. Promocje mogą skłaniać do dodawania kolejnych produktów do koszyka, nawet jeśli początkowo nie planowałeś ich kupować.

Jak przejąć nad tym kontrolę, nie rezygnując z przyjemności życia?

  1. Pierwszym krokiem jest prosta metoda 24 godzin. Jeśli zobaczysz coś, co nagle bardzo chcesz mieć, daj sobie czas. Nie kupuj tego od razu. Wróć do domu, prześpij się z tą myślą. Bardzo często rano okaże się, że ta rzecz wcale nie jest ci potrzebna. To prosty sposób, żeby oddzielić chwilową zachciankę od realnej potrzeby.
  2. Kolejna sprawa to lista zakupów. Może brzmi staroświecko, ale to twoja najlepsza tarcza w sklepie. Jeśli idziesz na zakupy z zapisaną kartką lub listą w telefonie, twój mózg ma konkretne zadanie do wykonania. Skupiasz się na odhaczaniu kolejnych punktów, zamiast rozglądać się po półkach w poszukiwaniu „okazji”. Spróbuj też nigdy nie wchodzić do supermarketu z pustym żołądkiem. Kiedy jesteśmy głodni, kupujemy oczami i wrzucamy do koszyka znacznie więcej jedzenia, niż jesteśmy w stanie zjeść.
  3. Warto też przyjrzeć się newsletterom, które wpadają na twoją skrzynkę mailową. Informacje o promocjach „życia” i wyprzedażach mogą skłaniać do zakupów, których wcześniej nie planowałeś. Wypisz się z newsletterów sklepów, które najczęściej zachęcają cię do spontanicznych wydatków. Mniej reklam to mniej pokus i większa kontrola nad budżetem.
  4. Zastanów się też nad swoimi emocjami podczas zakupów online. Wieczorne przeglądanie stron sklepów na kanapie to relaks, który może drogo kosztować. Sklepy internetowe ułatwiają nam sprawę do granic możliwości, a przecież wystarczy tylko jedno kliknięcie, by wydać kilkaset złotych. Jeśli chcesz ograniczyć impulsywne zakupy, usuń zapisane dane karty płatniczej z aplikacji i sklepów internetowych. Konieczność ręcznego wpisania danych przy każdej transakcji daje ci kilka sekund na refleksję: „czy ja tego naprawdę potrzebuję?”.

Pamiętaj, że celem nie jest całkowite zakazanie sobie wydatków na przyjemności.

Chodzi o to, żebyś to ty decydował o swoich pieniądzach.

Jeśli planujesz budżet, możesz wyznaczyć sobie konkretną kwotę na „szaleństwa”. Gdy ją wydasz, wiesz, że limit na dany miesiąc się wyczerpał. To daje poczucie wolności, ale i bezpieczeństwa.

Dbaj o finanse – to się opłaca!

Udostępnij na:

Udostępnij na LinkedInUdostępnij w serwisie X

Infografiki

Podcast wideo

Dlaczego warto prowadzić budżet osobisty - prof. Witold Orłowski

Transkrypcja filmu

Kamil Kuć: Jest takie zjawisko paranormalne, które dotyka miliony Polaków: co miesiąc pieniądze znikają. No coś niesamowitego! Zarabiamy więcej niż pięć lat temu, a trzydziestego czy piątego już i tak zaglądamy na konto absolutnie z tym samym zdziwieniem – gdzie to się wszystko podziało? Po prostu tego nie ma. Wydaje mi się, że musi być jakieś lepsze wytłumaczenie niż: „no, zniknęło i tyle”. Ja nazywam się Kamil Kuć – Dbaj o finanse, a tego wyjaśnienia będę szukał razem z profesorem Witoldem Orłowskim – ekonomistą, nauczycielem akademickim i doradcą ekonomicznym. Dzień dobry!


Prof. Witold Orłowski: Dzień dobry, witam.


Kamil Kuć: Spróbujmy w takim razie rozwiązać tę zagadkę. Zarabiamy więcej, a pieniędzy nie przybywa. Kto jest sprawcą? Mam wrażenie, że ciągłe mówienie o inflacji w tym kontekście jest bardzo wygodnym wytłumaczeniem: „nie mam pieniędzy, bo inflacja idzie, wszystko drożeje”. Tak naprawdę to nigdy my nie jesteśmy temu winni.


Prof. Witold Orłowski: No bo nie jesteśmy winni temu, oczywiście.


Kamil Kuć: No, nie jesteśmy winni inflacji.


Prof. Witold Orłowski: Ani temu, że pieniędzy jest zawsze mniej, niż by się chciało. Tutaj jest parę zjawisk. Oczywiście nie jestem psychologiem, ale mogę się domyślać. Po pierwsze, tych pieniędzy zawsze chciałoby się wydać więcej, niż się ma, prawda? Kuszą te rzeczy dookoła i zawsze pojawia się wrażenie, że tak jest.


Kamil Kuć: Powiedzmy szczerze, że tu praktycznie nie ma górnego limitu.


Prof. Witold Orłowski: Tu nie ma górnego limitu. Co więcej, druga strona tego zjawiska jest taka, że jak zarabiamy więcej, to jednocześnie na więcej nas stać, ale nigdy nie będziemy w stanie kupić wszystkiego, co chcemy. Kiedy mamy trochę więcej pieniędzy, rozglądamy się dalej i cały czas mówimy: „No, tych pieniędzy jest za mało”. No chyba że rzeczywiście ktoś nam je ukradł – może inflacja, bo mówią mi, że więcej zarabiam, a ja cały czas chciałbym jeszcze kupić to, to i to. I brakuje. Psychologowie mówią w tym kontekście o tak zwanych aspiracjach konsumpcyjnych: z jednej strony rosną nam dochody i zarabiamy więcej, ale z drugiej – jak już zarabiamy więcej, to mamy ochotę jeszcze więcej kupować. I w efekcie tych pieniędzy zawsze jest trochę mniej, niż wynosi nasza potrzeba.


Kamil Kuć: Świetnym przykładem jest to, że mamy na świecie milionerów i miliarderów. To nie jest tak, że oni przestają zarabiać pieniądze – cały czas chcą zarabiać więcej.


Prof. Witold Orłowski: O tym lepiej nie rozmawiajmy, bo chyba żaden z nas nie ma takich doświadczeń. Pytanie, czy jest w ogóle jakaś kwota dochodów, od której człowiek naprawdę może kupić już wszystko i staje się to raczej rodzajem sportu.


Kamil Kuć: Ale w dalszym ciągu gromadzi.


Prof. Witold Orłowski: No tak, jak ma dziesięć miliardów, to dlaczego ma nie mieć dwunastu i tak dalej? Wtedy to już jest kwestia innej satysfakcji. Ona oczywiście nie wynika już z samych towarów, które za to kupujemy, bo co więcej można kupić? Są po prostu ludzie, którzy mają ciąg do samego zarabiania pieniędzy.


Kamil Kuć: Wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do tego, że my jako ludzie po prostu lubimy wydawać pieniądze. Wydawanie stało się wręcz lekiem na wszystko: na zły humor, na nudę, na poczucie, że „dzisiaj sobie zasłużyłem, więc sprawię sobie prezent”. Mamy więc lek, na który receptę wypisujemy sobie sami, i działa absolutnie na wszystko. A te recepty się nie kończą, bo sami możemy je wystawiać.


Prof. Witold Orłowski: Możemy, póki starczy papieru – chociaż teraz są już elektroniczne. Z jednej strony jest w tym element normalności: sprawia nam satysfakcję kupowanie dóbr, które pomagają zaspokoić nasze potrzeby. Z drugiej strony pojawia się element już niekoniecznie związany z samym zaspokajaniem potrzeb. Zupełnie szczerze, nie chcę wymieniać marek samochodów, ale między dobrej klasy autem kosztującym 100 czy 150 tysięcy złotych a modelem superluksusowym za milion złotych naprawdę nie ma pięcio-, sześcio- czy siedmiokrotnej różnicy w jakości. Za te kolejne pieniądze dostaje się już bardzo niewiele. Ekonomiści zwracają uwagę, że ludzie wydają pieniądze nie tylko po to, by zaspokoić potrzebę – bo przy nowym aucie za 150 tysięcy mają ją w pełni zaspokojoną – ale też dla prestiżu: żeby sąsiedzi zazdrościli, żeby lepiej się poczuć, dowartościować i tak dalej. Pieniądz i wydatki pełnią więc różną rolę. To nie jest tylko czyste zaspokajanie potrzeb. Czasem ludzie mówią: „Jest mi źle, muszę coś kupić, to na pewno poprawi mi się humor”. To są właśnie zakupy emocjonalne.


Kamil Kuć: Jak rozpoznać u siebie, że kupujemy emocjonalnie? Co zrobić, żeby się tego wystrzegać, a jednak dalej kupować, tylko rozważnie?


Prof. Witold Orłowski: Powiedziałbym tak: każdy może kupować to, co chce. Jeśli komuś strasznie zależy na samochodzie konkretnej marki, żeby sąsiedzi zazdrościli – w porządku, kupuje sobie prestiż. Natomiast wystrzegać należy się zakupów ponad własne możliwości, których nie powinno się robić, a robi się je tylko dlatego, że coś nas skusiło. To są zakupy powodowane impulsem. Coś nam się strasznie spodobało, kupujemy, wracamy do domu i dopiero wtedy zadajemy sobie pytanie, po co właściwie to kupiliśmy.


Kamil Kuć: I w sumie nie było mnie na to stać...


Prof. Witold Orłowski: Właśnie: po pierwsze nie było nas stać, a po drugie okazuje się, że ta rzecz ani nie jest nam potrzebna, ani nie sprawia żadnej satysfakcji. Niezależnie od tego, ile ma się pieniędzy, trzeba zachować zdrowy rozsądek i starać się myśleć w trakcie zakupów. Zadać sobie pytanie: „Czy to jest mi na pewno potrzebne?”. Proszę zwrócić uwagę, że sklepy doskonale na tym korzystają. Przy kasach stoi cała masa drobiazgów, których normalnie byśmy nie kupili, ale kuszą, gdy stoimy w kolejce – ładnie wyglądają i są pod ręką. Handel wie, że często kupujemy pod wpływem impulsu.


Kamil Kuć: I często to wykorzystuje.


Prof. Witold Orłowski: Wykorzystuje to i specjalnie wystawia rzeczy podatne na taki impuls. Na co mi kolejna guma do żucia, skoro mam już trzy opakowania w samochodzie? Stoję przy kasie, ładnie wygląda, myślę: „Fajna ta guma, może już mi się skończyła w aucie? Wezmę na wszelki wypadek”. Trzeba się pilnować. Z powodu gumy do żucia nikt nie zbankrutuje, ale jeśli kupujemy w ten sposób bezrefleksyjnie, możemy grubo przesadzić. Guma to pestka, ale przecież idziemy do sklepu po sprzęt RTV. Wiemy, jakiej wielkości telewizor chcemy kupić, a sprzedawca mówi: „Proszę pana, po co taki? Tu jest 60 cali, a tamten model jeszcze sam gotuje i śpiewa piosenki w nocy”. Wielu z nas wpada w pułapkę: planujemy wydać, strzelam, dwa tysiące złotych, a wychodzimy ze sprzętem za pięć tysięcy, bo daliśmy się skusić kolejnymi bajerami. Warto robić zakupy na chłodno. Zanim damy się skusić, zapiszmy sobie, czego naprawdę potrzebujemy. Dotyczy to zarówno telewizora, jak i codziennych zakupów spożywczych – warto iść z listą, zamiast ulegać promocjom w stylu: „Kup trzy opakowania, będzie taniej”. Potem mąż wraca dumny: „Kupiłem trzy opakowania!”. „Ale po co nam trzy?”. „Bo było taniej”. Tyle że jedno wyrzucimy, bo się zmarnuje. Róbmy zakupy wtedy, kiedy nie jesteśmy podatni na impulsy wymykające się rozumowi. Zróbmy listę, zamiast dawać się wodzić za nos hasłami, że za kolejne 500 zł dostaniemy coś jeszcze.


Kamil Kuć: I tutaj chciałbym przejść do spokojnego planowania wydatków. Każdy z nas powinien mieć kontrolę nad swoimi finansami, żeby ograniczać zakupy emocjonalne i wydawać odpowiedzialnie. Mam jednak wrażenie, że hasło „prowadzenie budżetu domowego” brzmi trochę jak dieta: wiadomo, że trzeba, ale samo słowo psuje humor. Prowadzenie budżetu domowego... to jest taki kaganiec, który gdzieś tam...


Prof. Witold Orłowski: To w ogóle brzmi tak paskudnie: „budżet domowy”. Od razu wiadomo, że będzie ograniczanie, że będzie zaciskanie pasa.


Kamil Kuć: Tak. Czy da się to w ogóle odwrócić o 180 stopni, żeby ktoś podszedł do tego pozytywnie?


Prof. Witold Orłowski: Po pierwsze, nie nazywajmy tego budżetem domowym, tylko planem wydatków. Wtedy brzmi to znacznie lepiej i nie kojarzy się od razu z oszczędzaniem i ograniczaniem. Warto planować wydatki z różnych powodów. Jeśli planujemy wydatki i budżet, możemy na przykład rozpisać koszty ponoszone w dłuższym okresie, płacone w ratach czy raz do roku – jak ubezpieczenie samochodu. Wiemy dokładnie, kiedy nastąpi płatność, i jesteśmy na to przygotowani, zamiast być zaskoczonym faktem, że akurat w tym miesiącu mamy kumulację jednorazowych wydatków. Druga sprawa: to pozwala nam pilnować rozsądku. Mamy zaplanowany telewizor za trzy tysiące i jak idziemy do sklepu, to kupujemy za trzy tysiące – nawet jeśli sprzedawca przekonuje: „Proszę pana, tu jest model za siedem tysięcy, przeceniony o dwa tysiące, zrobi pan wspaniały interes”. Ostatecznie kupilibyśmy sprzęt za pięć tysięcy zamiast za trzy. Warto się zastanowić. Oszczędność jest cnotą i jeśli chcemy odłożyć na coś większego, na przykład na lipcowe wakacje, plan pozwala zapisać potrzebną kwotę i na nią odkładać, ograniczając inne wydatki. Choć z drugiej strony niewiele rodzin naprawdę siada z ołówkiem w ręku i robi taki plan wydatków.


Kamil Kuć: Powiem szczerze, sprawdziłem, ile osób wciąż zapisuje wydatki na kartce – w zeszycie i długopisem. Bo można to robić w Excelu, ale w zapisywaniu w zeszycie nie ma nic złego.


Sprawdź nasze kalkulatory

Kalkulator poduszki bezpieczeństwa

Kalkulator poduszki bezpieczeństwa

Poduszka finansowa przyda się każdemu — sprawdź, ile odłożyć i kiedy uda się ją zebrać.

Kalkulator budżetu osobistego

Kalkulator budżetu osobistego

Wpisz dochody, wydatki i oszczędności a my policzymy, ile naprawdę zostaje Ci na koniec miesiąca.

Sfinansowano ze środków Funduszu Edukacji Finansowej, którego dysponentem jest Minister Finansów i Gospodarki. Realizatorem Zadania jest Fundacja Warszawski Instytut Bankowości.

Otwiera zewnętrzny link.